Wiecznie spóźniona 2010-01-04 17:10:56
Spóźnione życzenia Bożonarodzeniowe.
Spóźnione życzenia noworoczne.
Spóźnione jasełka.
Spóźnione refleksje na temat mych dwudziestych urodzin.
Spóźnione refleksje na temat inwazji szaraków.
Spóźnione refleksje na temat brania na jeden semestr trzech dodatkowych przedmiotów.
Spóźniony idealizm.
Spóźniony autobus.
Spóźniona notka informująca o tym, że studia wyssały ze mnie resztki wolnego czasu. Jeśli uda im się wymyślić gorszy plan zajęć, to znaczy że za nimi stoją jakieś siły piekielne...
Byle do sesji...
Spóźnionej.
Inauguracyjne nastroje 2009-10-05 12:03:07
I tak przeminął nam pierwszy październik i całe stada homo students zaczęły nieporadnie człapać o szóstej rano na oddalone o wiele kilometrów uczelnie, by tam oddać się w pełni rozrywce zwaną edukacją. Mniej lub bardziej zestresowani. Ja się zaliczałam do tych bardziej, z całkiem irracjonalnych powodów, typu czy wszystko będzie dobrze, czy dam radę sie zapisać na zajęcia, czy na pewno nie będzie ograniczenia na specjalizację. Teoretycznie wszystko jest już wyjaźnione i ma być dobrze, choć w duszy wciąż odczuwam ten durny i kompletnie bezsensowny lęk przed przyszłością, że coś nie wyjdzie. Ale dobra, na razie jest nieźle. Pewnie za miesiąc padnę od wstawania o piętej rano (bardzo lubię spać), ale spoko.
Wnioski, jakie pojawiły się po dwóch dniach wykładowych:
1. USOS to zło i oszukuje.
2. Spotkanie dla pierwszego roku winno być wzbogacone wyjaśnieniem zasad, jakie panują w szatni, zwłaszcza tych dot. kolejek (myśmy się tak nie ślimaczyli!).
3. Nie należy ufać optymistom, którzy twierdzą że remont budynku wykładowego potrwa tylko do wakacji.
4. Plan zajęć niweluje moje plany podjęcia pracy.
5. Plan praktyk jeszcze bardziej niweluje moje plany podjęcia pracy.
6. Muszę sobie jednak robić kanapki na drogę.
7. Muszę sobie sprawić lżejszy notatnik.
Czy treść tych wniosków świadczy o mojej przynależności do groma drugoroczniaków? Chyba jednak nie...
Tagi: homo students
skomentuj (0)Faza na Topola 2009-09-23 21:59:33
No i znowu mam fazę na Skrzypka na dachu. :-)
Nie ma w tym chyba nic dziwnego. W końcu chyba każdy przechodzi okresy fazowe, kiedy słucha tylko i wyłącznie jakiegoś konkretnego wykonawcy, gatunku, zestawu soundtracków z jakiegoś filmu, a inne utwory wyrzuca daleko w kąt. U mnie to się zmienia co jakieś trzy tygodnie, więc jest nadzieja, że zanim się rodzinka zirytuje, że musi słuchać wciąż i wciąż tego samego, prawdopodobnie mi się przestawi ;-) Chociaż, biorąc pod uwagę gusta mojej rodziny, to nie powinni narzekać. Wszyscy w domu darzą bezgraniczną miłością Skrzypka na dachu, traktują go jak swego rodzaju synonim barwnego i pięknego musicalu. W końcu żadko się teraz spotyka tak nastrojową muzykę. Zresztą, faza na Skrzypka wraca do mnie zawsze co pół roku, powinni się przystosować.
Najchętniej to bym poszła na spektakl, ale oczywiście stan mojej kiesy mi na to nie pozwala. Tak więc, słuchamy nałogowo i oglądamy nałogowo najróżniejsze inscenizacje, jakie może mi zaprezentować internet. I nadal (czyt. po trzech latach) uważam, że najlepszą wersją If I were a rich man w historii całego musicalu jest ta w wykonaniu Topola, z filmu z 1971 roku, tego najgłośniejszego i najpopularniejszego. Widziałam jakieś pomniejsze inscenizacje na TVP Kultura, ale nie było nawet porównania. Przeżyłam jednak spore zdumienie, krążąc po internecie i wyszukując wszystkich utworów. Otóż moja skromna znajomość stron typu youtube czy wrzuta nie pozwala mi na znalezienie wersji innych niż tych filmowych, właśnie z roku 1971. Niby nic takiego, bo w końcu Topol, to Topol i mogę spokojnie słuchać na okrągło If I were a rich man, Do you love me? czy Tevye's Dream, ale przykładowo filmowa Matchmaker mi kompletnie nie pasuję. Jest dla mnie taka za spokojna. Kiedyś miałam na płycie takie bardzo żwawe wykonanie, w którym było czuć "bunt" dziewcząt, tyle że mi się zniszczyła :- / No i nie można zapominać, że było parę pieśni w musicalu, które nie weszły do filmu. Na przykład The rumor (genialne), albo Now I have Everything. I z jakiegoś powodu do tego ostatniego mam największy sentyment i z przyjemnością posłuchałabym sobie na okrągło (też miałam na płycie, nie podobała mi się ta wersja, ale przynajmniej była :- / ). Nie wierzę, żeby na necie nie było innej wersji. <wzdech>
Na razie słucham sobie na okrągło Topola i jest fajnie ^^ Z jakiegoś niewyjaśnionego dla mnie powodu, mój kot wybitnie nie lubi tej wersji - strzyże niebezpiecznie uszami. Nie mogę pojąć tej awersji. Inna sprawa, że Bajka w ogóle jest jakaś amuzykalna.
Tagi: topol, skrzypek na dachu
skomentuj (1)Bezsenność kontratakuje... 2009-09-18 14:23:27
Ech... a przez dobry miesiąc był spokój... :-/
Od jakiegoś czasu, co parę miesiecy, trafia mi się okres uporczywej bezsenności. Zasypiam gdzieś tak z dobre cztery godziny po tym jak się położę (przy okazji dwie godziny przed planowaną pobudką), budzę się w nocy kilkanaście razy, nic mi się nie śni (a w każdym razie nie pamiętam żadnego snu) i potem przez cały dzień jestem nie do życia. Wstaję około pierwszej popołudniu, usiłuję się obudzić, nie jestem w stanie pracować, usiłuję się wyżyć, ciało odmawia mi posłuszeństwa. Wieczorem padam plackiem na łóżko i znowu usiłuję zasnąć. Nie pomagają prochy, mleko, muzyka, nudna książka, fakt że kot mi grzeje nerki, kompletnie nic. Ja nie mogę spać.
Nie wiem czemu się tak dzieje. Jestem za stara krowa by przechodzić jakieś mutacje w organiźmie, więc to nie może być sprawa wewnętrzna. W ramach eksperymentu wietrze pokój, zwiększyłam częstotliwość czyszczenia klatki królika i dokładnie odkurzam meble, w nadziei że to tylko brak tlenu. Jak na razie nie skutkuje. Teoretycznie mogłabym pójść do lekarza i poprosić o jakieś proszki nasenne, ale szczerze mówiąc niespecjalnie chcę. Po pierwsze, z dotychczasowych doświadczeń wynika, że po prochach nie zasypiam szybciej, za to rano (lub w południe) budzę się jeszcze bardziej otumaniona i nie do życia niż zwykle. Poza tym, biorąc pod uwagę dzienną porcję specyfików jaką moja rodzina bierze na najróżniejsze dolegliwości, wolałabym unikać wszelkich prochów tak długo, na ile zdrowie mi pozwala. Naturalne sposoby typu ciepłe mleko też nie daje żadnego skutku. Tyle tylko, że moge się cieszyć z walki z mleczną awersją. No i zawsze się przyswaja jakieś wapno. Choć w minimalnej formie, jak słyszałam.
Najbardziej wkurzające z tego wszystkiego jest to, że nie mam teraz żadnych snów. Moje nocne wizje mocno odbiegają od konwencjonalnych krów, lasów, książąt i złota pod poduszką. Śmiem twierdzić, że mam najbardziej porąbane i najbardziej nielogiczne sny na świecie. I strasznie mi ich brakuje... To moja główna rozrywka.
Jakieś niekonwencjonale porady na niekonwencjonalną bezsenność? Bo jak myślę, że mam się męczyć z tym jeszcze przez dwa tygodnie... :-/
Tagi: bezsenność
skomentuj (0)Niechciej contra Druty 2009-09-14 12:48:29
Mi to się zwyczajnie nie da dogodzić. Ostatnimi czasy wciąż i wciąż narzekam na brak weny. Jeśli mam tak dla odmiany wenę, to najczęściej nie mam czasu na pisanie i wena sobie tak kisi i rozładowywuje się na przedmiotach półmartwych (nie pytajcie). A jak się zdarzy święto, że jest i wena i czas, atakuje mnie Niechciej. I oczywiście do konstruktywnej roboty człowiek nie usiądzie.
Niechciej to ostatnio dość popularne zjawisko wśród moich rówieśników. Czytać im się nie chce, pisać im się nie chcie, prac manualno-fizyczne wykonywać im się nie chce, nawet na miasto z przyjaciółmi wyjść im się nie chce. Kiedy atakuje Niechciej, na ogół siedzę w fotelu i patrzę się w przestrzeń, usiłując skupić mysli na czymkolwiek i doprowadzając przy tym moją rodzinę do szału, która zgodnie cierpi na pracoholizm. Mnie też to zresztą doprowadza do szału, bo kupa roboty w domu, którą muszę odwalić jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego, a coś mnie więzi w fotelu.
Znalazłam jednak dobry sposób na Niechcieja - robótki na drutach ;-) Wkręciłam się w to już jakiś rok temu, ale nie bardzo miałam czas zająć się tym na poważnie. Mój dorobek dziergarski jest dość mizerny - parę opasek na głowę i szalików. Głównym powodem jest brak wełny i kasy na wełnę, tak więc od dłuższego czasu ćwiczę różne ściegi na jednym ocalałym kłębku, po czym rozpruwam i zaczynam od nowa. Zważywszy na moje dotychczasowe eksperymenty, chyba jestem już gotowa na pierwszy sweterek. Tylko muszę się zaopatrzyć w tą wełnę ^^
Dlaczego to jest dobry sposób na Niechcieja? Kiedy człowiek załapie podstawy, zaczyna dziergać automatycznie, nie wysilając się przy tym ani intelektualnie, ani fizycznie. Siadam w fotelu, biorę mój koszyczek, oddaję się durnym rozmyślaniom, a ręce same pracują. Niby Niechciej triumfuje, bo zmusił mnie do bezproduktywnego siedzenia. A Figa! Produkt trzymam w ręku i z minuty na minutę robi się coraz większy. I co z tego, że po paru godzinach go rozpruję? W każdym razie coś robię. A kot jest cały szczęśliwy, bo może mi bezkarnie siedzieć na kolanach (chyba, że go przypadkiem dziugnę w tyłek, wtedy rozpoczyna się wojna o dominację).
Szczerze polecam tą zabawę, bardzo odstresywująca i odniechciejowa ;-)
Dar lidera - podzielcie się. 2009-09-09 19:55:21
Zazdroszczę ludziom obdarzonych zdolnościami przywódczymi. To jest coś co baaardzo by mi się przydało.
Nie mam, broń Boże, aspiracji zostania władcą świata (choć, przyznaję, w młodości takie projekty chodziły mi po głowie ^^), ale zdarzały się chwile, kiedy naprawdę posłuch by mi się przydał. Zresztą, każdy się choć raz znalazł w takiej sytuacji. Każdy choć raz, czy to z wyboru, czy z przymusu musiał się bawić w przywódcę grupy. Wtedy to staje się jasne, czy ktoś jest urodzonym liderem, czy nie. Testuje się przecież to już w szkole na dzieciach, tzw. "prace grupowe". Przyznaję, że ja w takich projektach robiłam po prostu za trutnia, który odwala swoją część i nigdy jakoś nie aspirowałam do zmiany takiego stanu rzeczy. I teraz, kurcze, pluję sobie w brodę, gdyż może gdybym się wówczas nauczyła jak to się robi, nie miałabym dziś takich problemów. Przykład?
Chociażby przedstawienie, które musiałam zrobić w drugiej licealnej. Jedna z nauczycielek, która mnie z jakiegoś powodu bardzo lubiła (nawet mnie nie uczyła) poprosiła mnie o zrobienie przedstawienia-prezentacji na temat mitologii japońskiej. Udało mi się sklecić scenariusz, który po jakiś tam przeróbkach wymagał raptem sześciu aktorów, z czego dwóch mówionych, a reszta do pantomimy. Duża, publiczna szkoła, znajdzie się tych sześciu łepków, nie? Guzik prawda. Poza moją koleżanką z klasy, która żywo się interesowała tą tematyką, nie byliśmy w stanie znaleźć nikogo. Nauczycielka próbowała podrzucić parę osób, jednak te były taaak strasznie zaangażowane, że nie pojawiali się na próbach, nie bardzo wiedzieli co i jak, nie chcieli pomóc przy dekoracjach et cetera, et cetera. Do przedstawienia by w ogóle nie doszło, gdyby nie moja mama, która ma wrodzony dar autorytarny i która jakoś to wszystko doprowadziła do końca.
Świeższa sprawa - zaliczenie z teatru na uczelni z zeszłego semestru. Jakoś tak wyszło, że to ja napisałam scenariusz i mieliśmy na jego podstawie wystawić przedstawienie jeszcze przed feriami. Zainteresowanie jednak było nikłe, a większość nastawiała się raczej na odwalenie i zaliczenie. Z trzydziestu osób, po wpisach do indeksu, nadal wystąpić chciało raptem pięć. Oczywiście do przedstawienia nie doszło.
Teraz, na spotkaniach teatru akademickiego, z dwiema koleżankami przygotowujemy "Zabawę" Mrożka. Bardzo mi zależy na ukończeniu tego projektu, bo teatr od baaardzo dawna nic nie wystawiał. Dziewczyny wykazują średnie zainteresowanie.
W ostatni poniedziałek w Sali Kongresowej odbył się koncert, w którym wystąpiły dzieci z warszawskich ośrodków specjalnych. Głuchoniemi, niepełnosprawni umysłowo, niepełnosprawni ruchowo, autystycy, podlegający resocjalizacji. Wspaniałe sprawa. Współorganizował go m. in. nasz teatr akademicki. Przygotowania do samego występu - scalanie, ćwiczenie na scenie trwało ok. 3 tygodni (plus oczywiście, czas, który poświęcono na nauczenie dzieci numerów). Dzieciaki były kochane i przeurocze, pomijając parę wyjątków ("Proszę Pani, już nie... Już nie chcę... Kiedy będzie przerwa?") były bardzo chętne i bardzo dobrze się z nimi współpracowało. Czego nie można było powiedzieć o wychowawcach. Te chodziły najeżone, zestresowane i ochrzaniały wszystkich na lewo i prawo. A ja oczywiście nie potrafiłam ich uspokoić, nie potrafiłam ich przywołać do porządku, nie potrafiłam znaleźć z nimi wspólnego języka. W efekcie, albo mnie olewały, albo ochrzaniały.
Nie potrafię nawet na forum internetowym zmobilizować grupę, której jestem opiekunem, do jednoczesnego zaktualizowania spisów treści!
Nie wiem, chyba powinnam pójść na jakiś kurs asertywności, choć nie zauważam u siebie problemy z tą zdolnością... Co zrobić, by być dobrym szefem, który potrafi zmobilizować ludzi do pracy?
Zwiastuny, zwiastuny. 2009-09-05 20:37:04
Co ja mogę powiedzieć? Jestem dość specyficznym widzem, o specyficznym, lekko trącącym infantylizmem, guście. Np. kręcą mnie animacje. Disneyowskie i nie tylko, stare anime pełnometrażowe (szczególnie te w reżyserii Miyazakiego) i nie tylko, rosyjskie bajki, stare polskie bajki et cetera, et cetera. No i oczywiście filmy fabularne młodzieżowe fantastyczne, ale też niekoniecznie. Nie ograniczam się jednak do nich, lubię też filmy psychologiczne, horrowy psychologiczne opierające się na nieznanym zagrożeniu i takie tam. I ja, jako specyficzny widz, nie mam na co iść do kina.
Poszłyśmy sobie z koleżanką do multikina. Namówiła mnie na "Oszukać przeznaczenie 4", zachwalając przy tym część drugą i trzecią, a jednocześnie zapewniając iż to, że ich nie widziałam nie ma żadnego znaczenia. No i fajnie, poza tym tak naprawdę nic interesującego nie było. Dobrze zapowiadało się "Metro Strachu" z tym, że nastawiałam się na śmianie z absurdu sytuacyjnego, jak to zawsze na takich produkcjach. Oglądając zajawki przed seansem także nic interesującego mi się nie rzuciło w oczy. Poza zbezczeszczonym Sherlockiem Holmes'em. Sir Artur się w grobie przewraca.
Po dziesięciu minutach od rozpoczęcia spojrzałam na Madzię i zapytałam, czy to jej się podoba. Że scenariusz będzie durny to się spodziewałam, bo ostatnio innych nie ma, ale na litość, czy byłam jedyną osobą na sali, którą nie rajcuje widok mięsa człowieczego, poćwiartowanego na mnóstwo jakiś podejrzanych flaków, które nie powinny się znajdować w ludzkim organiźmie (a przynajmniej nie powinny mieć takiego koloru)? Ja rozumiem, że w dziesiejszych produkcjach zawsze musi być jakiś trup (i mądry murzyn), który strupuje się w jakiś efektywny sposób, wydając przy tym jakieś koszmarne odgłosy, no ale żeby oglądać mielenie mięsa przez półtorej godziny? Gdyby nie głośniki, pewnie bym przysnęła.
A idea filmu? Poza pokazaniem co abstrakcyjniejszych metod zabicia człowieka? Nie dostrzegłam. Aczkolwiek w pewnym momencie doszłyśmy z Madzią do wniosku, że to jest film o tym co się dzieje, jeśli nie przestrzega się przepisów BHP :P
Dzisiejsze filmy kompletnie mi nie pasują. Ciągle wracam do produkcji z lat 90-tych i wcześniejszych. Brzmi jakbym była lekko podstarzałą kobieciną, nie? No cóż, ten typ tak po prostu ma. W każdym razie nie mam na co iść do kina i wychodzi na to, że przez najbliższy czas nie będę go odwiedzała. Nawet na animacje już nie chodzę, bo co następna 3D-ówka, to gorsza. "Kot w butach" był tragiczny. Nie wiem na co bardziej biadolić: na animacje, która wyglądała jak z gry komputerowej (co ma sens, bo przecież Francuzi specjalizują się w adaptacjach disneya na gry video), na muzykę, a raczej jej brak (zamiast tego zbezczeszczone arie operowe, nie wybaczę im Carmen), na tłumaczenie (nie wiem kto je robił, ale bardzo się starał i niestety przedobrzył maksymalnie), czy na dubbing (biedna Pani Maryla...). Patrzą z nadzieją w przyszłość, na grudzień, kiedy w końcu wejdzie do kin "The princess and the frog". Pierwsza animacja disneya 2D od Bóg jeden wie jakiego czasu. Strasznie za nimi tęsknię, więc przy odrobinie szczęścia, będzie co świętować. Jak na disneyomaniaczkę przystało ;)

